
Kilka dni temu stałam ładnych parę minut na stoisku z papierem toaletowym. Nie wiedziałam, który kupić. Ten w kwiatki? Może ten z promocji, albo ten zapachowy? Człowiek dotarł do paranoi w świecie materialnym, osiągnęliśmy jakiś szczyt niewiarygodnej głupoty.
Całą energię tracimy na urządzanie krótkotrwałego bytu na Ziemi, uciekając tym samym od myśli o nieuchronnej śmierci. A ona i tak nas dogoni. Ta posunięta do granic absurdu ilość rzeczy, którą produkujemy i tak nie daje szczęścia. Ludzie czują się samotni, mają kompleksy, cierpią. Nie pomoże najbardziej wykwintny papier, nawet pachnący z aloesem i rumiankiem. Za tak zwanej komuny był jeden rodzaj papieru i szczęście, gdy udało się go dostać. Ale wbrew wszelkim pozorom, życie, takie codzienne, było w tej biedzie jakieś lepsze. Znało się swoich sąsiadów, można było na nich liczyć, nie było takich różnic między ludźmi. To, co piszę, nie jest żadną tęsknotą za młodością. Konsumpcja, którą uprawiamy jest nienasycona i właśnie nas zjada. Budowanie swojego ego poprzez posiadanie jakiś niewiarygodnie drogich rzeczy, za to opatrzonych logo, stało się dla wielu osób normą. Skupianie się wyłącznie na wyglądzie zaczyna przerażać. Wystarczy wejść na niektóre grupy sprzedażowe. Wystarczy popatrzeć na te pozowane selfie. Siedzę sobie w starym podkoszulku i powyciąganych gaciach. Myślicie, że przez to jestem mniej warta?
To weekendowe przemyślenia Magdaleny Gorostizy, z którą nie sposób się nie zgodzić.
„osiągnęliśmy jakiś szczyt niewiarygodnej głupoty. Całą energię tracimy na urządzanie krótkotrwałego bytu na Ziemi, uciekając tym samym od myśli o nieuchronnej śmierci. A ona i tak nas dogoni”. Jakie to prawdziwe! Szkoda, że tylko nieliczni zdają sobie z tego sprawę.