7 komentarzy

  1. Ryszard
    Ryszard at |

    Super Hit czyli tzw. Hicior! Byłem! Każdy powinien to koniecznie zobaczyć! Polecam! 🌞🌞🌞

    Odpowiedz
  2. Emilia Lipińska
    Emilia Lipińska at |

    Naprawdę gorąco polecam! 🔥

    Odpowiedz
  3. Aga S-k
    Aga S-k at |

    Gratuluję ❗ 🎊 🎈 🎤 🎶 😍

    Odpowiedz
  4. Agnieszka Goluch
    Agnieszka Goluch at |

    Mam bilety na 21 maja i już nie mogę się doczekać

    Odpowiedz
  5. Leszek Mikrut
    Leszek Mikrut at |

    Uwielbiam operetki. Pierwsza, na którą zaprowadzili mnie rodzice, gdy miałem chyba tylko 6 lat, nosiła tytuł „Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale”, a napisana była przez Wojcecha Bogłusławskiego. I choć nie jest to zbyt wielkie dzieło w swoim gatunku, to do tego stopnia rozbudziło moje zainteresowanie tym rodzajem widowisk teatralnych, że od tamtej pory naprawdę wiele zaliczyłem tytułów spod znaku „podkasanej muzy”.
    Ale tak się składało, że nigdy nie widziałem „Zemsty nietoperza”. I dlatego z nieskrywaną niecierpliwością oczekiwałem na lubelską premierę tego genialnego utworu Johanna Straussa syna. Wprawdzie „Nietoperz” powstał prawie już 150 lat temu, lecz do dziś nadal uważany jest za arcydzieło operetki wiedeńskiej. Kocham klasykę, zaś kiedy dowiedziałem się, że jako reżyser zaproszony został – Artur Barciś, czyli… fenomenalny Arek Czerepach z serialu telewizyjnego „Ranczo”, to nabrałem pewnych wątpliwości. No, bo aktor z pana Barcisia jest nietuzinkowy, ale czy reżyser też? I czy poradzi sobie z nieśmiertelnym Straussem? A gdy przeczytałem, iż zamierza on wystawić tę operetkę w taki sposób, w jaki jeszcze nikt tego nie robił, że ma własne przemyślenia na ten temat, to jeszcze większy zawładnął mną niepokój. W takim też nastroju zasiadłem na widowni na premierze…
    I gdy kurtyna poszła w górę, gdy zobaczyłem spartańską wręcz scenografię na samym początku pierwszego aktu, to byłem pewien, że moje obawy okazały się zasadne. Gdzież ta wiedeńska wytworność, ta zwiewność i straussowska wykwintność? – myślałem. Ale powoli, powoli… Jednak pierwsza odsłona nie rzuciła mnie na kolana.
    Natomiast akt drugi – to istny majstersztyk – reżyserski, aktorski, scenograficzny, no i muzyczny również (orkiestra prowadzona przez maestro Rubena Silvę z dalekiej Boliwii). Siedziałem z chyba szeroko otwartymi ustami, a moje dłonie raz po raz same składały się do oklasków. Już wszystko mi się podobało i w skrytości ducha zacząłem kajać się przed mistrzem Barcisiem! Jego uwspółcześnienie wiekowego wiedeńskiego utworu naprawdę strasznie mi się spodobało, pomysły reżyserskie przednie – no bo np. prześwietne walce i polki nieoczekiwanie przeplatające się ze współczesnymi szlagierami muzyki popowej – to istne zaskoczenie. Docierająca ze sceny melodia „Mydełka Fa” oraz innych przebojów, postacie z okolic wiedeńskiego Ringu korzystające na scenie ze smartfonów, uczestnicy balu świecący latarkami ze swych komórek…, a do tego niezwykle intrygujące (i też fragmentami bardzo uwspółcześnione), nasycone humorem libretto (w przekładzie wielkiego Juliana Tuwima) oraz mistrzowska gra całego zespołu artystycznego – zagwarantowały widzom bardzo dobrą zabawę i niezapomniane wrażenia. Wszyscy aktorzy byli prześwietni! Trzeci akt okazał się równie wspaniały.
    Ale jedna osoba szczególnie porwała mnie swą grą. W postać hrabiego Gigi Orlovskiego wcielił się… A właściwie wcieliła się fantastyczna Dorota Szostak-Gąska. Tak, kobieta zagrała postać bawidamka, stworzywszy niezapomnianą męską kreację. I choć role „innej płci” nie są czymś niespotkanym w sztuce filmowej i teatralnej, to Gigi w interpretacji Pani Doroty urzekł mnie. Ta jej / jego gra, tembr głosu, sposób poruszania się po scenie, mimika, charakteryzacja, a do tego interakcje w dialogach z Gabrielem von Eisensteinem (Jakubem Gąską – prywatnie mężem… Gigi Orlovskiego) dodawały widowisku jeszcze większej pikanterii.
    Wielkie chapeau bas! – i to nie tylko dla Doroty, Jakuba, dla operetkowej Adeli, Rozalindy, Alfreda, Idy, Franka, Falkego, Blinda, Froscha…, ale dla całego Zespołu. Wielkie uznanie kieruję również dla członków kwartetu smyczkowego, artystów baletu, chóru i orkiestry, dla wszystkich, bez których ta premiera nie odbyłaby się. No i odrębne ukłony ślę pod adresem Pani Dyrektor Kamili Lendzion – pomysłodawczyni całego przedsięwzięcia, spiritus movens lubelskiego Teatru Muzycznego. A Pani Ewie Sobkowicz dziękuję za umożliwienie mi przeżycia tych niecodziennych doznań artystycznych. Dzięki po stokroć Wam wszystkim!

    Odpowiedz
  6. Tom Koprowski
    Tom Koprowski at |

    Wyobrażam sobie że będzie wspaniale…szkoda że nie mogę tam być…
    powodzenia. Pozdrawiam z krainy „Nigdy Nigdy”

    Odpowiedz
  7. Mirandja Ewa Zet Zając
    Mirandja Ewa Zet Zając at |

    Przepieknie

    Odpowiedz

Zostaw komentarz