
Są filmy, które uruchamiają coś więcej niż tylko emocje. „Mniej obcy” jest właśnie takim filmem. Dla kogoś, kto zna Jana Borysewicza i Lady Pank tylko z mediów i opowieści, może być po prostu ciekawą biografią. Dla mnie to przede wszystkim podróż w czasie – do lat 80., do muzyki, koncertów, emocji i czasów, za którymi bardzo tęsknię...
Gdy zasiadłam przed telewizorem, by obejrzeć „Mniej Obcego”, wiedziałam, że nie będę potrafiła podejść do tego filmu całkiem obiektywnie. Bo Lady Pank to nie jest dla mnie tylko zespół z historii polskiej muzyki – to wspomnienia, emocje, młodość i kawałek mojego życia. Byłam fanką Lady Pank, założyłam nawet fan-club zespołu. Przeżywałam tę muzykę, cały zespół i tę całą niezwykłą atmosferę tamtych lat z bliska. Dlatego na film opowiadający historię Janka Borysewicza czekałam z ogromną ciekawością.
Film „Mniej obcy” powstał na podstawie książki Marcina Prokopa będącej wywiadem z Janem Borysewiczem. To fabularna i biograficzna opowieść o legendarnym gitarzyście i liderze grupy Lady Pank, którego muzyka na trwałe zapisała się w historii polskiego rocka.
Film zadebiutował na Netflixie 7 października 2026 roku. Wcześniej, we wrześniu, był prezentowany w Konkursie Głównym 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie doceniono Sebastiana Dominika (supervisora) oraz firmę Lumiere de Cinema za pracę nad efektami do filmu, a Mikołaj Bukrewicz wcielajacy się w Borysewicza otrzymał „Nagrodę Gentlemen’s Quarterly Poland dla Filmowego Wizjonera” za debiut i stworzenie wiarygodnego portretu legendy polskiego rocka.
Muszę przyznać, że twórcom filmu „Mniej obcy” niewątpliwie udało się pokazać niepowtarzalny charakter lat 80. W filmie pojawiły się znajome klimaty, stroje, sceny związane z muzyką i tamtym światem – powróciły na chwile fajne lata 80-te, powróciły wspomnienia…
W sumie – film jest OK, ale… od zawsze to wiem, że Lady Pank i chłopaków nie da się podrobić i chyba właśnie dlatego z obsadą miałam największy problem. Główny bohater, czyli filmowy Jan Borysewicz, jest dla mnie po prostu mało podobny do oryginału. Borysewicz miał to COŚ! Tego nie da się zgrać charakteryzacją – włosami czy strojami. Janka twarz, jego uśmiech i ten magnetyzm! Nie bez powodu skradł serca milionom dziewczyn. Trudno było mi patrzeć na aktora grającego Janka i zapomnieć, jak wyglądał prawdziwy Borysewicz. Podobnie z pozostałymi muzykami. Najbliżej prawdy był chyba Marcel Barra wcielający się w Janusza Panasewicza. W jego przypadku rzeczywiście było coś, co pozwalało przyznać: „to może być Panas”.
Rozumiem zamysł twórców i to, że film fabularny wymaga pewnych rozwiązań, a młodzi aktorzy czy artyści musieli „wejść” w role również muzycznie. Ale dla mnie to po prostu nie to. Mnie po prostu „trafiło”, kiedy usłyszałam utwór „To jest tylko rock and roll” – jeden z tych, które kocham i zawsze, kiedy go słuchałam, mam ciarki na całym ciele. Głos Janusza Panasewicza, ta muzyka, ta energia… Nie da się tego opisać – to po prostu trzeba poczuć.
I nagle zamiast głosu Panasa słyszę kogoś innego… Pozbawienie tego utworu potężnego, charakterystycznego głosu Panasewicza było dla mnie niemal profanacją… Dla mnie „To jest tylko rock and roll” bez głosu Panasewicza traci kawał swojej magii.
Wracając do samego filmu… przez cały seans miałam wrażenie, jakbym była świadkiem rozmowy Janka Borysewicza z Bogiem. Z ust głównego bohatera padają pytania, zwroty wprost, osobiste wyznania, jakby Borysewicz mówił do kogoś, kto jest po drugiej stronie…
Gdzieś obok Borysewicza przez cały czas jest jego zmarły Brat Andrzej, nie tylko we wspomnieniach i opowieściach, ale w pewnych szczególnych momentach życia go widzi. Tak dzieje się choćby podczas pielgrzymki. Film dotyka czegoś niezwykłego, niemal metafizycznego, czego nie da się łatwo wyjaśnić ani sprowadzić wyłącznie do wspomnienia czy wyobraźni. Jakby na chwilę uchylała się granica między tym światem a tamtym. Ta niezwykła obecność zmarłego Brata, pojawiającego się w szczególnych chwilach życia Borysewicza, dodaje filmowi jeszcze jeden, bardzo osobisty i poruszający wymiar. Dlatego uważam, że film jest nie tylko historią muzyka i jego rock’n’rollowego życia. To momentami bardzo osobiste rozliczenie z własnym życiem – z tym, co się wydarzyło, z dokonanymi wyborami, sukcesami, stratami i ceną, jaką trzeba było za to wszystko zapłacić.
Za legendą polskiego rocka – Janem Borysewiczem – jest jeszcze człowiek, który pamięta, tęskni, ma swoje słabości, poczucie straty i pytania, na które nie znajduje odpowiedzi. I chyba właśnie ten człowiek zainteresował mnie najbardziej – najpierw, kiedy poznawałam jego historię poprzez książkę, a teraz, kiedy zobaczyłam ją na ekranie. Film pozwolił mi spojrzeć na Janka Borysewicza jeszcze inaczej – na muzyka, gitarzystę i legendę, ale jednocześnie na człowieka, który po latach odwraca się za siebie i próbuje jeszcze raz spojrzeć w oczy temu wszystkiemu, co było – własnej historii, rodzinie, dzieciństwu, sukcesom, porażkom, dokonanym wyborom i wydarzeniom, które go ukształtowały.
„Mniej obcy” jest więc czymś więcej niż opowieścią o muzyku…
Bardzo podobała mi się Kinga Preis w roli matki Jana Borysewicza. Znakomita aktorka sprawiła, że zobaczyliśmy w Janku nie tylko wielką gwiazdę i genialnego gitarzystę, ale też syna. Ich relacja pokazała ogromną więź między matką a synem. Szczególnie poruszające są momenty, kiedy widzimy Borysewicza przy chorej matce. Nagle cała legenda, sława i rock’n’roll schodzą na dalszy plan – zostaje syn, dla którego matka jest kimś niezwykle ważnym. Tu jeszcze wyraźniej widać tę „ludzką” stronę Jana Borysewicza…
„Mniej obcy” – historia Borysewicza to dla mnie powrót do lat 80. Oglądając ten film, wracałam myślami do własnych wspomnień, do czasów kiedy Lady Pank było dla mnie nie tylko zespołem było całym światem – do Fan Clubu BMW, do koncertów i emocji, które towarzyszyły tej muzyce, do tamtych ludzi, do tamtej atmosfery. To powrót do czasów, które dzisiaj wydają się tak odległe, a jednocześnie wystarczy kilka dźwięków, jedna piosenka czy zdjęcie, żeby nagle wszystko wróciło.
I to jest właśnie wielki plus filmu! I choć daleko mu do ideału i ma swoje minusy, to jednak uruchamia wspomnienia – przypomniał mi świat, za którym często tęsknię.
I mimo tego, że Janek nie jest dla mnie wystarczająco „Jankiem”, a Janusz nie jest „Januszem” tak bardzo, jak bym chciała, to z całego serca polecam film. Warto go obejrzeć!