
Są takie filmy, które po prostu zostają z nami na zawsze. I wcale nie chodzi o to, że są wielkimi dziełami światowej kinematografii, ale o to, że mają w sobie coś, czego nie da się już łatwo odtworzyć – klimat, emocje, chemię między aktorami, bohaterów z którymi widz zdążył się zaprzyjaźnić. Dla mnie takim filmem było „Nigdy w życiu!”, dlatego wiadomość o kontynuacji losów bohaterów przyjęłam z ogromną radością. Miała wrócić historia, którą tak wielu z nas pokochało, i to jak podawały media – z pierwszą obsadą, która tak naprawdę stworzyła ten film, przyczyniła się do jego spektakularnego sukcesu! A skoro pierwsza to dla nas widzów zrozumiałe było, ze w kontynuacji ponownie zobaczymy: Danutę Stenkę jako Judytę, Artura Żmijewskiego jako Adama, Joannę Jabłczyńską jako Tosię, Joannę Brodzik jako Ulę…
„Nigdy w życiu!” to nie była tylko Judyta, Adam, Tosia i Ula. To była cała plejada aktorów, którzy stworzyli ten niepowtarzalny klimat. Marta Lipińska jako matka Judyty – cudowna, charakterystyczna, absolutnie nie do podrobienia, Katarzyna Bujakiewicz jako Dziunia – kolejna postać, której po prostu nie dało się nie lubić, Kinga Preis jako Kinga, koleżanka Judyty z pracy – niby postać z drugiego planu, a jednak doskonale zapamiętana czy Rafał Królikowski jako szef Judyty – kolejny element tej filmowej układanki, który idealnie pasował do całej historii. To właśnie oni byli dla mnie „Nigdy w życiu!”. Rozumiem, że czas płynie, aktorzy podejmują inne decyzje, a niektórzy z tych, których pamiętamy z pierwszej części, odeszli już na zawsze. Z ogromnym smutkiem myślę o Krzysztofie Kowalewskim i Janie Fryczu – aktorach, których nie da się już przywrócić z oczywistych powodów i w takich sytuacjach zmiana obsady jest zrozumiała.
I to był właśnie zespół! Właśnie ta cała obsada sprawiała, że ten film miał swój charakter, energię, humor i duszę. Dlatego kiedy fani filmu usłyszeli o „kontynuacji losów bohaterów” i obsadzie z pierwszej części, to naprawdę trudno im przyjąć, że można sobie dowolnie wymieniać kolejne elementy tej układanki – zmieniać tych, którzy są, którzy stworzyli te postacie i którzy byli częścią sukcesu pierwszego filmu. Naprawdę ciężko to zrozumieć.
Podobnie jak rzesze fanów „Nigdy w życiu”, mnie także bardzo poruszyła sprawa Joanny Jabłczyńskiej. Nie mam absolutnie nic przeciwko Agnieszce Żulewskiej. To świetna i utalentowana aktorka, piękna kobieta i życzę jej samego dobrego, ale dla mnie, podobnie jak dla masy innych widzów, Tosia ma twarz Joanny Jabłczyńskiej, tak samo jak Judyta ma twarz Danuty Stenki, Adam – Artura Żmijewskiego, a Ula – Joanny Brodzik. I nie chodzi o to, że ktoś inny nie potrafi zagrać tej roli. Chodzi o to, że dla widza to już nie będzie ta sama postać.
Joanna Jabłczyńska poinformowała publicznie, że nie wraca do produkcji i opowiedziała o swoim rozczarowaniu sposobem, w jaki została potraktowana. I co zrobiła publiczność? Stanęła po jej stronie, co mnie wcale nie dziwi, bo widzowie pamiętają – pamiętają pierwszą część, pamiętają tę wspaniałą obsadę i przede wszystkim pamiętają film, który naprawdę pokochali. Wielu z nich dorastało z tymi bohaterami i wszyscy pamiętają jedyną w swoim rodzaju Tosię – Joannę Jabłczyńską.
Tym bardziej zdziwiła reakcja Katarzyny Grocholi, która opublikowała w sieci oświadczenie, wspominając również o możliwych krokach prawnych wobec aktorki, a następnie je usunęła. To po prostu szok i szczerze mówiąc niedowierzanie. Czy wypowiedź aktorki o własnym doświadczeniu naprawdę musiała zakończyć się groźbą prawników? Ja chyba jestem naiwna, bo nadal wierzę, że zanim wyciągnie się ciężką artylerię, można po prostu usiąść i porozmawiać, zwłaszcza kiedy sprawa dotyczy ludzi, którzy wspólnie stworzyli coś, co odniosło tak spektakularny sukces.
A internet jest bezlitosny. Możesz usunąć post, ale w internecie wszystko zostaje i właśnie dlatego czasami naprawdę warto policzyć do dziesięciu, zanim naciśnie się „opublikuj”. I zrobiło się bardzo nieprzyjemnie, a oliwy do ognia dolała córka pisarki Dorota Szelągowska publikujac na swoich profilach facebook i instagram filmik, który mocno zadziwił, oj mocno… Nie będę tutaj powtarzać wszystkich słów, które padły, bo każdy może sam zapoznać się z publicznie dostępnymi wypowiedziami, ale sposób, w jaki została przedstawiona Joanna Jabłczyńska, zwyczajnie mi się nie spodobał. Nie znałam Grocholi i Szelągowskiej z tej strony, nie spodziewałam się po nich takiego braku empatii, braku zrozumienia. Bardzo mnie zirytowały oskarżenia pod adresem Jabłczyńskiej, również sugestia, że Joanna Jabłczyńska swoją rozpoznawalność zawdzięcza roli Tosi. Serio? A może spójrzmy na to z drugiej strony – może to Joanna Jabłczyńska była jedną z osób, które pomogły stworzyć fenomen pierwszego „Nigdy w życiu!”? Bo sukces filmu to nie jest wyłącznie nazwisko autora książki, to nie jest wyłącznie scenariusz, to nie jest też reżyser, i to nie jest wyłącznie jedna gwiazda, ale cała układanka – cały zespół, którego częścią była Joanna Jabłczyńska! Ja przyznaje, że dopiero po obejrzeniu filmu kupiłam książkę Katarzyny Grocholi i myślę, że nie byłam jedyną osobą, która najpierw pokochała film, a dopiero później sięgnęła po lekturę. To działa w obie strony, bo pamiętajmy, że książka dała nam wspaniałą historię, a aktorzy sprawili, że ta historia zaczęła żyć własnym życiem! Na tym właśnie polega magia kina i nie powinno się psuć czegoś, co było genialne! Produkcja planując kontynuacje „Nigdy w życiu” miała gotowy skarb – miała historię, bohaterów i aktorów których pokochała publiczność, miała widzów, wspomnienia, nostalgię, miała naprawdę wszystko i wystarczyło tylko tego nie zepsuć. Wiadomo, życie pisze różne scenariusze i nie wszyscy aktorzy mogą lub chcą wrócić na plan, a niektórych już z nami nie ma i tutaj żadna produkcja niczego nie zmieni. Zrozumiała jest konieczność zastąpienia aktorów, których z oczywistych względów nie można już zobaczyć na ekranie, ale trudno zrozumieć, że jeśli ktoś jest, może zagrać i przez lata był częścią tej historii – to dlaczego go wymieniać?
Widzowie nie przyjmują do wiadomości tłumaczenia produkcji, że „to tylko fikcyjne postacie, możecie je sobie wyobrażać inaczej”. To nie tak! Dla widza Tosia to Joanna Jabłczyńska, a Ula to Joanna Brodzik. Ja bez obu aktorek tej kontynuacji po prostu nie widzę. Może ktoś mi mówić, że przesadzam, że to tylko film, ale kino właśnie na tym polega – że czasem „tylko film” staje się dla ludzi czymś więcej. Wspomnieniem, emocją, kawałkiem ich życia. Mam tak z filmami – serią przygód „Bridget Jones” czy dziewczyn z „Sexu w wielkim mieście” – to pozycje, które uwielbiam i nigdy się nimi nie znudzę.
Dlatego zastanawiam się nad kontynuacją „Nigdy w życiu”, bo tu mamy przykład, że coś, co miało być pięknym powrotem ukochanych bohaterów, zaczęło się od konfliktu, rozczarowania i ogromnych emocji. A mogło być tak pięknie! I jestem przekonana, że widzowie byliby zachwyceni!
A tak? W całej tej historii najbardziej podoba mi się jedno, że widzowie pokazali, że pamiętają, że nie wszystko można im sprzedać pod hasłem „nowa wersja, nowa jakość”. Najbardziej smutne jest to, co zrobiły Katarzyna Grochola i Dorota Szelągowska. Obie panie mocno przegięły i to może kosztować je utratę sympatii części ludzi, którzy wcześniej bardzo je cenili. Wiele osób po prostu poczuło niesmak. Sympatię buduje się latami, a naprawdę wystarczy kilka publicznych wypowiedzi, żeby człowiek zaczął patrzeć na kogoś zupełnie inaczej.
Ja nadal uwielbiam pierwsze „Nigdy w życiu!”. Uwielbiam Danutę Stenkę jako Judytę, uwielbiam Artura Żmijewskiego jako Adama, uwielbiam Joannę Brodzik jako Ulę, uwielbiam Joannę Jabłczyńską jako Tosię, uwielbiam Martę Lipińską jako matkę Judyty, uwielbiam Kingę Preis jako Kingę, uwielbiam Katarzynę Bujakiewicz jako Dziunię, uwielbiam Rafała Królikowskiego jako szefa Judyty, całą obasdę „Nigdy w życiu” uwielbiam! I właśnie dlatego mam coraz większy problem z tym, żeby uwierzyć, że kontynuacja pt. „Właśnie że tak! Nigdy w życiu! 20 lat później” w zmienionym składzie będzie dla mnie tym samym filmowym światem. I szczerze, to już sama nie wiem, czy chcę ją zobaczyć, bo zamiast wielkiej radości z powrotu ukochanego filmu mamy konflikt, rozczarowanie i poczucie, że coś, co mogło być pięknym spotkaniem po latach, zostało na starcie bardzo mocno skomplikowane… I to nie jest wina Joanny Jabłczyńskiej…
A jednak dzieje się, bo właśnie Joanna poinformowała, że otrzymała od pełnomocnika Katarzyny Grocholi wezwanie do opublikowania przeprosin oraz wpłaty 5 tys. zł na fundację RAK’n’ROLL. Chcąc uniknąć sądowego sporu, spełniła te żądania, a dodatkowo założyła zbiórkę na rzecz fundacji, zachęcając innych do wsparcia tego celu.
Katarzyna Grochola chciała 5 tys. zł na fundację, a Joanna Jabłczyńska zrobiła coś znacznie większego — uruchomiła zbiórkę, a ludzie odpowiedzieli tłumnie. Pieniądze cały czas przybywają, a do akcji dołączają kolejne osoby. Brawo, Joasia!
Cała ta sytuacja daje mi teraz jeszcze więcej do myślenia, bo z jednej strony mamy aktorkę, która publicznie wyrażała swoje rozczarowanie i opowiadała o własnych odczuciach związanych z odsunięciem od roli Tosi, a z drugiej – przedsądowe wezwanie, przeprosiny i wpłatę pieniędzy na cel charytatywny. Czy naprawdę właśnie tak musiała potoczyć się historia ludzi związanych z filmem, który przez lata kojarzył się przede wszystkim z ciepłem, humorem, przyjaźnią i dobrymi emocjami? Szkoda, że zamiast rozmawiać o tym, jak pięknie mogło wyglądać spotkanie po ponad dwudziestu latach, rozmawiamy o konflikcie, prawnikach, przeprosinach i wzajemnych pretensjach.
A była szansa na coś wyjątkowego, na co widzowie naprawdę czekali, z bohaterami, których pokochali, z aktorami, którzy przez lata byli częścią ich wspomnień. „Nigdy w życiu!” naprawdę było czymś więcej niż tylko filmem i właśnie dlatego cała ta historia tak bardzo zabolała…
Dobrze, że Dorota Szelągowska przeprosiła Joannę Jabłczyńską, przyznając, że posunęła się za daleko i jest jej wstyd. Takie przeprosiny na pewno mogą wiele zmienić i choć częściowo odbudować zaufanie oraz sympatię tych, których jej wcześniejsze słowa rozczarowały. Szkoda tylko, że w historii, która miała być pięknym powrotem do ukochanych bohaterów, tak wiele miejsca zajęły dziś słowa, których nie da się już cofnąć.

Dokładnie takie same mam odczucia i nie wiem czy wybiorę się na film. Powiem więcej, ze chyba już więcej nie kupię książki Grocholi i nie zobaczę programu Dorota was urządzi. Ta cała drama odsłoniła prawdziwe twarze obu pań. A Joanna Jabłczyńska w całym tym szumie zachowała klasę i zło zamieniła w dobro. Wielki szacun!
Szczerze lubiłam Panie Grocholę i Szelągowską, kibicowałam im, obserwowałam ich socjal media, wczoraj ich konta zablokowałam, okazało się, że mają po dwie różne twarze…a film po takich „rewelacjach” bojkotuję
Dokładnie, pierwsza obsada jest nie do podrobienia. Krzywdę zrobiła produkcja aktotom, widzom i ostatecznie sobie, bo po tej medialnej aferze nie wiem czy kontynuacja faktycznie ma sens.
od jakiegoś miesiąca (wtedy przeczytałam te 20 lat później) zastanawiam się, czy ja wyrosłam z Grocholi czy to jednak gniot. Co do filmu Nigdy w Życiu, to kocham od zawsze…Po pierwszym seansie powiedziałam, że będę miałam taki dom w tamtym miejscu. Teraz mam dom (nie taki, jak w filmie), ale jakieś 3km od miejsca, gdzie stał dom Judyty. Kontynuacja…książka dla mnie masakra. Nie wiem czy da się to uratować w filmie i to jeszcze z inną twarzą Tośki i bez Uli.