4 komentarze

  1. Agnieszka Padzińska
    Agnieszka Padzińska at |

    Rewelacyjne zdjęcia 😘 A spektakl wyjątkowo urokliwy. Brawa dla wykonawców, realizatorów i dyrekcji teatru za trafny wybór 😍

    Odpowiedz
  2. Moni_ka
    Moni_ka at |

    Wybieram się w sobotę! Już nie mogę się doczekać!

    Odpowiedz
  3. Kgw Przybysławice
    Kgw Przybysławice at |

    „Kraina uśmiechu” przepięknie zrealizowana operetka, pełna symboliki oraz efektownych dekoracji scenicznych. Utalentowani soliści, którzy wcielają się w postać do końca, a przy tym są naturalni.
    Gratuluję z serca całemu zespołowi Teatr Muzyczny w Lublinie. Doświadczenie tej magii teatru – uczucie niesamowite. Dziękuję Ci Ewo za tak piękną i owocną współpracę z Teatrem Muzycznym.
    KGW PRZYBYSŁAWICE

    Odpowiedz
  4. Leszek Mikrut
    Leszek Mikrut at |

    Komentarz bardzo osobisty:

    Dzięki „Krainie uśmiechu” wszedłem dwa razy do tej samej rzeki 🙂

    Wieść niesie, że podobno niejaki pan Heraklit z Efezu, ten sam, który powiedział, że „wszystko płynie”, stwierdził innym razem, iż nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki… Ale chyba się mylił, gdyż mnie się udało! I to w miniony „zapiątek” (to taki słowiański odpowiednik anglosaskiego weekendu).

    Przed prawie pół wiekiem pokochałem operetkę, czyli tę jakże urokliwą „podkasaną muzę”. I uczucie to okazało się miłością odwzajemnioną, trwałą i bardzo budującą. Stało się to za sprawą moich rodziców, którzy dbając o wszechstronne wykształcenie syna, nie tylko posyłali mnie na lekcje muzyki (w klasie fortepianu – finalnie u prof. Teresy Księskiej-Falger), ale pewnego czerwcowego dnia (chyba ok. roku 1968-1969), gdy kwitnące akacje zwiastowały rozpoczynające się niebawem wymarzone wakacje, mama z tatą zaprowadzili mnie do sali widowiskowej Państwowej Operetki w Lublinie. Mieściła się ona wtedy w Garnizonowym Klubie Oficerskim przy ul. Żwirki i Wigury. Sama scena nie była mi obca, gdyż w ramach popisów dziecięcych Ogniska Muzycznego wiele razy przychodziło mi na niej przeżywać własne zmagania z fortepianem.

    Owego pamiętnego dnia Wystawiano „Krainę uśmiechu” węgierskiego mistrza Franciszka Lehara. Miałem wtedy może 10, może 12 lat. A historia nieszczęśliwej miłości wiedeńskiej arystokratki Lizy i chińskiego księcia Su Czonga zawładnęła moim sercem do tego stopnia, że wyprosiłem u Rodziców jeszcze kilka wizyt na tym samym spektaklu. Tym bardziej ich to dziwiło, że nie lubiłem np. oglądać dwa razy tego samego filmu, nie interesowało mnie drugie czytanie tej samej książki. A tu jednak chciałam być wśród ulubionych bohaterów po raz drugi, trzeci, czwarty…

    Świetnie pamiętam, że najbardziej podobała mi się wtedy aktorka, grająca księżniczkę Mi. A melodią „Moja miłość, twoja miłość” byłem wręcz zachwycony. Wydaje mi się, że postać porucznika Gustawa von Pottensteina odtwarzał wówczas pan Marian Josicz, z którym po latach przyszło mi mieszkać w niedalekim sąsiedztwie.

    Od tamtych dni minęło chyba 50 lat, upłynęło mnóstwo wody we wszystkich rzekach. A kilka dni temu, gdy z żoną udaliśmy się do naszego Teatru Muzycznego na „Krainę uśmiechu”, znów dzięki lubelskim artystom, przed którymi chylę czoła, wszedłem do tej samej wody, zanurzając się w świat niezapomnianych arii i melodii operetkowych. „Twoim jest serce me”, „Moja miłość, twoja miłość” czy „Uśmiech na ustach na dobre i złe” – od lat dźwięczą w mych uszach. I naprawdę nie zapomniałem ich – właśnie tych trzech! I znów poczułem się jak wtedy, gdy zaczynałem swą przygodę z operetką… I choć czas nieubłaganie płynie, zaciera szczegóły, to jednak do „Krainy uśmiechu” wszedłem ponownie prawie w tej samej przestrzeni. No bo jakże stosunkowo blisko zlokalizowana jest dzisiejsza nasza lubelska Operetka od tamtej sprzed lat. Jakby tuż za rogiem, na sąsiedniej ulicy…

    Bajeczna, porywająca scenografia, nietuzinkowe kostiumy, urokliwa gra całego zespołu artystycznego i orkiestry pod dyrekcją maestra, świetne układy taneczne… Największym majstersztykiem dla mnie był kontrast pomiędzy raczej ascetycznym scenograficznie aktem I a feerią barw, dźwięków, ruchu, rekwizytów w akcie II. Dłonie same składały się do braw, a usta do okrzyków zachwytu. Nie wiem, kogo wyróżnić: czy reżysera, czy scenografa, czy poszczególnych aktorów, tancerzy, chórzystów, maestra i jego orkiestrę? Ale także krawców, dekoratorów, inspicjentów, pracowników administracji…? Wszyscy zasługujecie, Państwo, na najwyższe uznanie, na szacunek. I pozwólcie, proszę, że słowa swego zachwytu wraz z życzeniami kolejnych sukcesów złożę na ręce Waszej Pani Dyrektor Kamili Lendzion. Wraz z żoną chylimy swe czoła. Chapeau bas!

    Chyba to jest hit…! 🙂

    PS. Dziękuję, Pani Ewo, za dotychczasową współpracę i możliwość niezapomnianych wzruszeń 🙂

    Odpowiedz

Zostaw komentarz